Codzienność... To ona zabija wszystkie ważne dla nas rzeczy. Szczególnie te, na które musieliśmy pracować bardzo długo i bardzo ciężko. I to ich strata boli najbardziej. Bo chociaż bronilibyśmy ich z całych sił i z całej naszej mocy... To nie ma sensu. Codzienność jest wszędzie i pochłonie wszystko. I po pewnym czasie zdajemy sobie sprawę, że nic już nie jest takie, jakie było. Stajemy się codziennością, żyjemy nią. Przestajemy rozpaczać, znika ból, cierpienie, płacz. Jesteśmy nieczuli, zimni, zamknięci na sprawy innych ludzi, wpatrzeni w czubek własnego nosa! Dopiero, gdy następuje przełom, codzienność ulega otwieramy oczy i... I jest już za późno. Nie mamy nic i nic nie jesteśmy warci. Wrak człowieka wciśnięty pomiędzy śmierć, a zakład dla obłąkanych. Dobijająca cisza, pustka... Staczamy się... Tylko drobne szczere gesty są w stanie nas wyciągnąć. Tak, jak spokojna pobudka jest w stanie sprawić, że już z samego rana na naszej twarzy pojawi się uśmiech. Uśmiech... Tak, z nim jest najgorzej. Bo niby już jest i go widać, ale w środku krzyczy, aby go zakryć. Tak naprawdę się nie uśmiechamy, my tylko chcemy, aby to tak wyglądało i zwykle nam się udaje, bo ludzie wierzą w tę maskę. A gdy jesteśmy sami ze swoimi myślami, spuszczamy głowę, aby sztuczna maska spadła. I stoimy i patrzymy, jak spada na ziemię, aby bezgłośnie roztrzaskać się o podłogę na miliony kawałeczków. Dziewczyna zamknęła stary zeszyt i włożyła go do pudełka, aby potem wsunąć je pod łóżko - najbliższą człowiekowi czarną dziurę. Następnie wrzuciła długopis do szuflady i pomknęła do łazienki, aby zmyć z dłoni niebieski tusz. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze, przejechała ręką po policzkach. Wychodząc założyła fałszywy uśmiech, a raczej jego zalążek i wróciła do codziennych obowiązków.
.............................................................................................................................
Tak oto zaczyna się historia. Mam już napisane 3 rozdziały. ;)
3 komentarze - 1 rozdział i 2 <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz